Scieżka

   Murti-Bing siedzi znieczulony solidną dawką depresantów. Ten czas który minął od kiedy po raz pierwszy zetknął się z substancjami psychoaktywnymi jest wspaniałym czasem. Życie, które nic nie wiedziało zaczęło zyskiwać świadomość. Na początku uważał, że czegoś brakuje w jego osobowości. Ktoś tworząc go zapomniał dodać jakiś element. Brakującą częścią była amfetamina. Nagle potrafił pracować znacznie bardziej wydajnie, samopoczucie jego sięgało szczytów i pewnością siebie zjadał tytanów. Jednak amfetamina to droga do nikąd. Nierealna bańka, która prędzej czy później pęknie, a po niej zostanie koszmarna fasada rzeczywistości.
Trzeba było znaleźć sposób skuteczniejszy od amfetaminy, który na trwałe doprowadzi do pożądanych zmian i nie okaże się jedynie mydlaną bańką. Ciężka praca nad swoją osobowością – to była odpowiedź na problem. Tylko czym owa praca jest? Murti-Bing jak każdy szanujący się chemik postanowił użyć katalizatorów. Owe katalizatory nie przyspieszały reakcji chemicznych w kolbie, a były katalizatorami przemian zachodzących w mózgu. Coś co potrzebowało lat żeby wypełznąć z mrocznych zaułków podświadomości pod wpływem katalizatora docierało do świadomości w tempie sekund, minut, maksymalnie godzin. 4-HO-DMT, 4-HO-MET, NBOMe i inne enigmatyczne brzmiące skróty prowadziły do rozrostu ego większego niż rozwijający się tumor mózgowicz.

Ego pod własnym ciężarem musiało się w końcu załamać. I tak się stało – rozleciało się. Ani amfetamina ani żaden psychodelik nie był w stanie utrzymać spójności. Rozpad trwał lata. Murti-Bing w tym czasie przeszukiwał przestrzeń chemiczną próbując ostatkiem sił posklejać rozlatujące się kawałki. Kleje….. achhhh te nasze RC, one jedynie to spowolniły, ale nie powstrzymały tego. Osobowość podrasowana chemią musiała w końcu rozłożyć się na czynniki pierwsze. Murti-Bing wrócił do punktu Genezis. Tam gdzie rozpoczęła się przygoda z substancjami psychoaktywnymi. Był jedynie bogatszy o wiedzę: „Wszystko w tym świecie jest relatywne. Postępuj tak długo wbrew sobie aż w końcu staniesz się nowym sobą”.

Murti-Bing nosił ze sobą ciężar wiedzy. To taki łańcuch przywiązany jednym końcem do szyi a drugim końcem zatopiony w betonowej płycie. Jedyną szansą żeby ulżyć cierpieniu jaki powodował było przytulenie się do betonu i pokochanie go. Beton tylko wtedy wydawał się przyjazną pierzyną, kiedy w krwi buzował morfinowy kościotrup. Wtedy wszystko było do zaakceptowania, egzystencjonalny ból był niczym. Na świat trzeba było spojrzeć przez pryzmat szkieletu morfinowego. Oooooo taaaaaak maaaaaam uuuuukoooojenie i teeeeeen staaaan ooodpooowiada miiii na wszzzzysssstkoooo. Niestety gdy skończy się to, M-B leży na trawie wśród psich odchodów. Komplementarny Murti-Bing nie mógł się tym zadowolić. Szczytem poznania jest zdolność coraz bardziej precyzyjnego pytania i uzyskiwania odpowiedzi. Pytanie – odpowiedź; to droga bez końca. Logika nie pozostawia złudzeń: absolutne oddanie i ukojenie w opio, albo rozpaczliwa wędrówka po omacku w nieznane. Po opiatowym wylogowaniu pozostaje już tylko śmierć, a po rozwiązaniu jednej tajemnicy rodzą się kolejne. Nasycenie albo nienasycenie?
Muirti-Bing? Kima ja właściwie jestem? Murti-Bingiem.

6 thoughts on “Scieżka”

  1. Uwielbiam Twoje teksty.
    Uwielbiam to ujmowanie spraw którymi się zajmujemy (mniej lub bardziej) w życiu i które dla większości zwykłych ludzi są zakazane, złe, a czasem nawet godne pogardy z takiej mitologiczno-metafizycznej, perspektywy. Powodzenia ze wszystkim.

  2. Prawdopodobnie my się około 8 lat temu spotkali w stolicy, nasza rozmowa trwała tylko około pół godziny. Jeżeli to jesteś Ty, to pozdrawiam Ciebie dobrym odpałem, makówkowym wspomnieniem i bezetowym aromaten.

  3. Nie jesteś murti-bingiem. To kolejny wytwór ego.
    Jesteś tym co potrafisz dać innym, ale nie w wygodzie trzecioosobowego obserwatora tylko dając swoje ciało i krew.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *