Dzieci Mongolskiego Chemika na statku kosmicznym

Dawno temu w odległej galaktyce, wybuchła wielka klęska głodu. Mieszkańcy planety nie mieli co jeść. Zaczęli zjadać siebie nawzajem. Ci którzy nie mogli znieść barbarzyństwa i zezwierzęcenia wyfrunęli w kosmos w poszukiwaniu nowego szczęścia. Na pokładzie statku byli przedstawiciele jednej i tej samej rasy podzieleni na różne kasty. Murti-Bing opowie wam dokładnie jak to z nimi było. Sam własnoręcznie konstruował ten statek.

Na samym dole byli ci, których faszerowano sterydami i benzo. Karmiono ich wyhodowanym robactwem na odchodach z wyższych kast. Dzięki sterydom rośli bardzo szybko, mieli w sobie dużo pożywnego mięsa i mało tłuszczu. Benzo pozwoliło im zaakceptować swój los, dzięki benzo nie musieli rozmyślać nad sensem tego wszystkiego. Przyjmowali wszystko tak jak jest: “nie ma lepszego świata poza naszą paszą z robactwa i tego idealnego spokoju”. To nic, że w wieku kilkunastu lat byli uśmiercani jako wieprzowina. Trafiali do rzeźnika, co z ich wnętrza wyciągał co najlepsze.

Nad nimi byli ci uznawani za normalne społeczeństwo. Żeby na statku nie dochodziło do niepotrzebnych przejawów litości w stosunku do kast niższych ich dzień regulowano amfetaminą i benozodiazepinami. Amfetamina była po to, żeby mogli pracować dla statkowej społeczności przez cały dzień z zadowoleniem, nie mając zbyt wiele negatywnych myśli. Benzo pozwalało uregulować sen, tak aby nocą nie zakradły się przypadkiem jakieś złe myśli. Kapitan statku nie chce przecież, aby ktoś zaczął podważać panujący ład. I tak jak te mrówki chodzili nakręceni przez cały dzień, regulowani pigułkami z Niebieskiego Państwa.

Niewielka kasta kierowników zarządzała tym wszystkim. Oni mieli dużą świadomość tego, dlaczego akurat to tak funkcjonuje wszystko na tym statku. Jednak nie wiedzieli wszystkiego. Kapłani, którzy byli nad nimi dbali o to aby dostawali codziennie swoje porcje kokainy i mefedronu, a na sen metakwalony. Koks i mef dawało kierownikom poczucie kontroli nad wszystkim, czuli się jak bogowie mogący przenosić góry. Metakwalon hamował ich na sam wieczór, jednocześnie napełniając inspiracjami na następny dzień. Byli prawdziwymi panami normalnego społeczeństwa i bydła.

 Nad tym wszystkim czuwali kapłani. Dostawali oni od Mongolskiego Chemika najnowsze wynalazki. Była to grupa najbardziej uświadomiona. Doskonale zdawali sobie sprawę, że bez farmaceutyków cały ten ich sen pryśnie tak samo jak bańka mydlana. Ciągle badali nowe rzeczy, po to aby wiedzieć co dać reszcie statku gdy zacznie im doskwierać dotychczasowy tryb życia. Nie mogli pozwolić na to, aby komuś coś się nie podobało. Skrzętnie monitorowali nastroje innych i w zależności od potrzeb nowymi RC od Mongolskiego Chemika podkręcali dotychczasowe klasyki. Sami jednocześnie zażywali pigułkę Murti-Binga, aby nigdy nie zejść ze ścieżki wiary.

Murti-Bing podsycał atmosferę chemicznej błogości. Wszyscy byli zadowoleni z panującego stanu rzeczy, dzięki kilku prostym molekułom Mongolskiego Chemika chwalili imię M-B. Można uzyskać świat całkowicie pozbawione innych gatunków. Wystarczą ludzie, trochę gównożernych robali, idealna chemia no i odchody, które stanowią pożywkę dla tego wszystkiego. Jak się wymorduje wszystkich, świat dalej będzie się kręcić. Rozumne istoty nie potrzebują uczuć, one potrzebują jedzenia i pigułki na każdy problem.

Idea, religia, wartości to wszystko nic. Liczy się przetrwanie jednostki i względne poczucie dobrobytu. Nie potrzeba nam tych wszystkich psychologiczno-filozoficznych bredni. Wszystko można sprowadzić do prostych równań opisujących stężenie neurotransmiterów w synapsach. Jestem wypadkową tych wszystkich stężeń, jestem Murti-Bingiem, nie potrzebuję dodatkowej otoczki. Świat to chemia.

5 thoughts on “Dzieci Mongolskiego Chemika na statku kosmicznym”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *